- Kamil Polka
- 9 lut 2025
- 3 minut(y) czytania
Kiedy oni planowali wycieczkę, w tym samym parku w którym Bogna pierwszy raz ujrzała Borysa znaleziono zwłoki dziecka. Dokonał tego jeden z mieszkańców pobliskiego osiedla z samego rana, kiedy jeszcze było całkowicie ciemno. Na policję nie musiał długo czekać, zjawiła się po niecałych pięciu minutach. Był to jednak tylko zwyczajny patrol policji, który był w pobliżu i wlepiał mandaty za zakłócanie ciszy nocnej.
- Myślisz, że co to jest? Ugryzienie? Ukąszenie przez jakiegoś węża? Tutaj nie ma żadnych węży, ale może komuś uciekł z domu. Jak myślisz? Dziwnie to wygląda. Nie podoba mi się to. Chodźmy już, zrobiliśmy wszystko co mieliśmy zrobić. Zostawmy to prawdziwym policjantom - nie przestawał mówić Marek.
- Stary weź się w garść, też jesteśmy policjantami - odpowiedział mu Tomek.
- Co ty pieprzysz? My jesteśmy tylko od wlepiania mandatów, trochę wyżej od straży miejskiej.
- Jeszcze chwilę dobra, chcę zobaczyć jak pracują ci prawdziwi policjanci. Później postawię ci pączka i kawę z mlekiem? Może być?
- Za godzinę otwierają piekarnię u mnie na osiedlu - powiedział zadowolony jak dziecko Marek.
Tomek patrzył przez chwile na niego i dopiero zrozumiał.
- Od początku chciałeś mnie ugrać co nie? Fuck, zawsze się nabieram. Jak ty to robisz?
- Nie wiem o czym mówisz.
Tomek i Marek byli partnerami od pięciu lat. Przez cały ten czas zajmowali się jednym i tym samym, wlepiali mandaty za spożywanie alkoholu w miejscach publicznych, łapaniem żuli i bezdomnych i transportowaniem ich do izby wytrzeźwień czy dawaniem mandatów za przejście przez ulicę w miejscu niedozwolonym. Jak to sami twierdzili - wykonujemy czarną robotę, cały świat byłby opanowany przez żuli, gdybyśmy poszli na urlop.
Znali wszystkich żuli w dzielnicy, do niektórych zwracali się nawet po imieniu, oni za to przez wszystkich żuli w dzielnicy byli nazywani inspektorami, mimo, że obaj posiadali stopień posterunkowego.
- Oooo uuuwaga, idą panowie inspektorzy - mawiano gdy się zbliżali.
Gdy dostali wezwanie na miejsce zbrodni nie powiedziano im, że znajdą tam zwłoki dziecka. Dostali tylko informację, że ktoś znalazł jakiegoś człowieka śpiącego w trawie i kazano im to sprawdzić.
- Ale my zaraz kończymy służbę - odpowiedział Tomek dyspozytorni przez radio.
- Odwieźcie pijaka na izbę i jesteście wolni.
- Dobra, ale macie u nas dług - odpowiedział z uśmiechem Marek.
- Serio tak powiedziałeś? Jesteś niesamowity - powiedział śmiejąc się Tomek do Marka.
- No a co, kiedyś będziemy mogli to wykorzystać.
Obaj mieli z tego wiele śmiechu do chwili kiedy przybyli na miejsce i ujrzeli w trawie zwłoki dziecka. Ciało leżało na plecach, było białe jak kreda, nie było żadnych śladów walki. Chłopak był ubrany na sportowo, a obok leżała torba sportowa. Jedynie na szyi były dwie rany, które wyglądały jak ugryzienie. Funkcjonariusze nie zastanawiali się długo i szybko zgłosili sprawę do dyspozytorni, a po dosłownie dziesięciu minutach w parku było mnóstwo różnych służb. Była policja kryminalna, było pogotowie, a nawet straż miejska.
- Po jaką cholerę wy tu jesteście? - dopytywali jednego ze strażników, który wyglądał bardziej jak zawodnik sumo, niż jak pracownik jakichkolwiek służb.
- Mamy zabezpieczyć teren, nie dopuścić żeby ktoś się kręcił po parku.
- Aaa ma to sens, bystre to jest z waszej strony, jeszcze trochę i będziecie traktowani jak służby mundurowe - odpowiedział posterunkowy Tomek.
Teraz kiedy, policja kryminalna powiedziała im, że mogą odejść, stali za folią odgradzającą miejsce zbrodni od gapiów i przyglądali się wszystkiemu z zaciekawieniem wraz z innymi gapiami, wśród których byli też dobrze znani im żule.

Komentarze