- Kamil Polka
- 16 lis 2025
- 3 minut(y) czytania
Głowa bolała jak diabli, znowu; chyba nigdy się nie przyzwyczai.
Jak można pić dzień w dzień i znosić te dolegliwości, takie same jak przy ciężkiej chorobie, takie podobne do tych powszechnie znanych, towarzyszących walczącym o życie każdego dnia, z rakiem, z aids czy z innymi świństwami?
Przecież to jest tak bardzo nie w porządku, podłe to jest. Wobec tych chorych, leżących w łóżkach szpitalnych, karmionych kroplówką, papką, antybiotykami i morfiną. Ostatni raz wziął alkohol do ust, nie dla siebie, nawet nie dla nich, ale przez nich, postanowił po raz pierwszy.
Łeb pękał, za zamkniętymi oczami obrazy chorych ludzi patrzących na niego z wyrzutem ściskały mu gardło. Chcielibyśmy przynajmniej jeden dzień przeżyć normalnie, bez bólu, bez wymiotów, bez łez. Jak ci nie wstyd?
Ostatni raz - postanowił po raz drugi.
Chciałby krzyknąć, jednak głowa eksplodowałaby jak zrzucony z dziesiątego piętra arbuz. Wrzaski tych ludzi których nigdy nie spotkał, a którzy coraz głośniej wytykali mu egoizm doprowadzały go do szału.
Otworzył oczy. Pokój był jasny, biały jak mleko, pusty jak morze po burzy.
- Marek - wyszeptał. - Marek - trochę głośniej.
Nic, cisza, chociaż niezupełnie. Partnera słychać nie było, jednak wyraźnie, niczym kot słyszał każdy szelest, każdy dźwięk sunącego po ulicy samochodu. Słuch może boleć, słyszany dźwięk może być niczym tortury, niczym śrubokręt wpychany w ucho.
Znowu pomyślał, że wczorajszy dzień był ostatnim, gdy wlewał w siebie alkohol. Po raz kolejny złożył sobie obietnicę - Nigdy więcej!
Nic nie pamiętał, chyba, tak mu się wydaje, obrazy ludzi na łóżkach szpitalnych były tak rzeczywiste, jak gdyby wydarzyły się wczoraj. Ale po co?
Byli w clubie, tego był pewien. Nie było powodu odwiedzać szpital. Nie wczoraj, chociaż dziś by się przydał; prawie się zaśmiał, zrezygnował w ostatniej chwili widząc leżącego na łóżku szpitalnym, karcącego go palcem wskazującym łysego chłopca.
- Marek - prawie krzyknął, a echo prawie wybiło mu zęby.
Wstał, ruszył do łazienki. Sikając miał wrażenie, że stoi pod wodospadem Niagara, z otwartą głową, jego mózg, wyciągnięty z czaszki leży jak dary dla Boga kaca na wielkim głazie, zalewany milionami litrów wody.
Wyszedł, chwiejąc się na nogach, z tornadem w głowie; ruszył do sypialni Marka. Pusto. Ruszył do lodówki, zimna woda, zimne mleko, cokolwiek plus tabletki przeciwbólowe mogą go uratować, tylko to. Lodówka pusta. Prawie. W drzwiach, na baczność, pięknie oszroniona stoi szklana butelka piwa. W głowie, dziesiątki par oczu, smutnych, cierpiących z bólu, cierpiących z cierpienia, modlących się każdego dnia o przynajmniej jeden dzień, normalny, zwyczajny. I to piwo, z uśmiechniętym facetem na etykiecie, takim radosnym, takim zadowolonym. Dobrze mu chyba, pomyślał. Po jednej stronie smutni ludzie, wtrącający się w nie swoje sprawy, oceniający go, a pod drugiej ten uśmiechnięty brodaty facet, taki szczęśliwy, taki zachęcający.
Dwie tabletki i piwo ululały go jak bobasa. Zasypiając czuł jak stopniowo głowa przestaje boleć, schorowani ludzie znikają, a facet z etykiety klaszcze w dłonie. Widział teraz Marka, uśmiechniętego, idącego zygzakiem w kierunku zamku. Obok niego szedł ktoś jeszcze, w długim płaszczu z kapturem zarzuconym na głowę. Marek przestał na niego patrzeć, przestał go wołać, machnął ręką zrezygnowany; ruszył żwawiej. Jego towarzysz się odwrócił, powoli, odsłaniając swoją schowaną w cieniu kaptura twarz. W świetle lampy wyglądał jak rzeźba, jak posąg, jak namalowany ręką mistrza średniowieczny królewicz. Ładnie wyglądał, i te czerwone oczy i długie zęby.
Tomek spał dalej, śnił dalej, facet z etykiety powiedział mu, że później się tym zajmą, wspólnie.

Komentarze