top of page
tlo.png
  • Zdjęcie autora: Kamil Polka
    Kamil Polka
  • 26 paź 2025
  • 2 minut(y) czytania

Pierwszy raz byli w środku, w samym centrum wampirzej imprezy. Od swoich dziwnych przełożonych dostali za zadanie wtopić się w tłum. Gromadę pijących, skaczących i śpiewających małolatów, którzy wypełniali do ostatniego centymetra jeden z warszawskich klubów.


- Wtopić się w tłum i co?

- Macie nasłuchiwać, może zawrzeć jakieś znajomosci, dowiedzieć się, gdzie po nocach chowają się wampirze mózgi i dlaczego jest ich ostatnio tak dużo w naszym mieście.


Po ostatniej przygodzie z metą na izbie wytrzeźwień, jakoś nie bardzo mieli ochotę chociażby przebywać w miejscu w którym pije się alkohol. Jednak najwidoczniej nie mieli wyjścia.


- Mogliśmy chcieć coś innego! - skrzeczał Tomek.

- Niby co?

- Ja tam lubię stać pod parkiem i tylko patrzeć. Trochę jakbyśmy oglądali film.

- A ja mam wtedy wrażenie, że nic kurde nie robimy.


To prawda, Marek od chwili, gdy przyjechali do Warszawy nie mógł się oprzeć wrażeniu, że nic nie robią. Najczęściej całe dnie śpią, by całe noce wpatrywać się w grupy ludzi wchodzących do parków. Był nawet w tej sprawie na rozmowie z jednym z policyjnych wampirów, który oprowadzał ich pierwszego dnia. Odbił się jednak od ściany. Podobno tak wygląda praca takich gliniarzy jak oni, w zasadzie to większości gliniarzy. Obserwacja za obserwacją. Tak mu powiedziano. Nie kłócił się. Wiedział, że jedynie w filmach kryminalnych akcją gonie akcję, pościg goni pościg, a czym więcej strzelanin tym lepiej. W rzeczywistości, policja, czy to jakaś wampirza, czy nie, prawie cały swój czas pracy spędza na obserwowaniu. Trochę jak jacyś pedofile, albo stalkerzy, przyszło mu kiedyś do głowy.


Więc stali najpierw przez pół godziny w długiej kolejce, jak wszyscy chętni na imprezę, by pierwszy raz wejść do środka. Pierwszy raz zobaczyć jak wygląda party po warszawsku. Porównania wielkiego nie mieli, Tomek nigdy nie był, a Marek jedynie raz w życiu, gdy był jeszcze pryszczatym szczylem, znalazł się trochę przez przypadek na jakiejś katowickiej dyskotece, ale z tego odległego wydarzenia i tak nic nie pamięta.


W szatni zostawili kurtki i udali się w poszukiwaniu jakiegoś wolnego stolika, miejsca przy barze, czy czegokolwiek. Nie było to łatwe, godzina była wczesna, parkiet zajęty był jedynie przez najodważniejszych, a duża większość potrzebowała soku z gumijagód, żeby w ogóle myśleć o tańcach.


Do środka dalej napływali młodzi ludzie. Grupy młodych dziewczyn świętujących urodziny jednej z nich. Gromadki mężczyzn wchodzących do środka w sposób jakiego nie powstydziliby się najznamienitsi modele wybiegowi.


W końcu udało im się znaleźć kawałek miejsca przy barze, trochę z boku, tak, że o ile to możliwe, mogli sobie robić to, do czego zostali stworzeni, prowadzić obserwację. Ciężko było jednocześnie szukać czegoś, nie wiedząc czym to coś miałoby być i jednocześnie podsłuchiwać rozmów, też nie mając za bardzo pojęcia na co zwracać uwagę.


Barman trzy razy do nich podchodził zanim zdecydowali się coś zamówić. Uraz pozostał, cieżko było się zmusić do wypicia czegokolwiek z alkoholem, dlatego zdecydowali się zamówić to samo co dziewczyny stojące kilka metrów od nich. Kolorowy drink w wysokiej szklance ze słomką i cytryną wyglądał niegroźnie. W rzeczywistości był tak niegroźny jak zabójca o twarzy dziecka, ale o tym przekonają się później.

Komentarze


Krew na zębach
bottom of page