- Kamil Polka
- 20 wrz 2025
- 2 minut(y) czytania
Warszawska izba wytrzeźwień nie różni się tak bardzo od bytomskiej. Ludzie są praktycznie tacy sami. Markowi wydawało się, że gdyby wszyscy żule z całego świata zjednoczyli się chcąc zamieszkać jeden rejon, stworzyć jeden kraj, zbudować jedno wielkie pijackie imperium, potrzebowaliby czegoś naprawdę wielkiego. Może jakąś część Bieszczadów albo Mazur. Administrację takiego społeczeństwa stworzono by z tych co potrafią wychlać najwięcej. Takie mocne głowy. Spojrzał na kulącego się na swojej pryczy Tomka i pewien był, że oni dwaj byliby takimi samymi szarymi obywatelami takiej ludności jakimi są teraz.
Otworzyły się drzwi i do pokoju wleciały śmiercionośne promienie światła, albo wiązki laserów kosmicznych. Cieżko było stwierdzić. Gdy głowa boli tak mocno, a w oczy dostaje się czymś tak jasnym, myśli się o najróżniejszych rzeczach. Tomek, podniósł głowę i Marek dostrzegł, że cała lewa część jego twarzy jest brutalnie podrapana. Chciał coś powiedzieć, albo chociaż się zaśmiać, ale gdyby to zrobił czaszka z bólu wybuchłaby jak przepompowany balon.
- Blade jeden i Blade dwa wychodzicie - powiedział jakiś żartowniś stojący niczym Jezus w oświetlonych otwartych drzwiach. - Ej wampirzy strażnicy zbierać się! Chyba, że chcecie leżeć w jednym pomieszczeniu z Wieśkiem i Andrzejem, a wierzcie mi, zapach jest wręcz francuski - kontynuował pan policjant, gdy Tomek i Marek nie ruszali się z miejsca.
Kilka minut później stali w jakimś pomieszczeniu na przeciwko gliniarza wciśniętego w małe krzesło stojące za małym, możliwe, że dziecięcym biurkiem. Przed sobą miał stos papierów i skupiony na swojej pracy nawet nie podniósł na nich oczu. W tej chwili spisywał ich dane z dowodów osobistych.
Przynajmniej tyle dobrze, pomyślał Tomek. Odkąd się ocknął w tym śmierdzącym małym pokoju z czterema niewygodnymi łóżkami w towarzystwie bezdomnego menela, najprawdopodobniej jakiegoś studenta i na szczęście swojego partnera, myślał jedynie o tym, że zgubił dokumenty, klucze, pieniądze i telefon. Teraz widział, że i telefon i portfel z dokumentami leży obok pana policjanta wraz z rzeczami Marka oraz kluczami do ich apartamentu.
Po kilku minutach stali przed izbą wytrzeźwień nie mając pojęcia gdzie teraz iść. Telefony mieli rozładowane, a w portfelach pustka. Jeszcze kilka chwil temu zastanawiali się czy warszawscy funkcjonariusze różnią się w tej kwestii od bytomskich. Okazało się, że nic, a nic. Nawet drobne zniknęły. Najzabawniejsze było to, że najprawdopodobniej wszystkie „pożyczone” od zatrzymanych na izbie pieniądze trafiają do wspólnej puli, która jak byli pewni zostanie wydana później na imprezie policyjnej na litry alkoholu.
Od chwili, gdy się obudzili nie zamienili ze sobą nawet słowa. Nie było o czym mówić. Ten sport nie jest dla nich. Najlepiej jednak czują się na porannej kawce zajadając pączka po nocnej służbie. I chociaż Marek bardzo chciał powiedzieć, że już nigdy się nie napije alkoholu i zapytać Tomka co mu się stało w twarz, a Tomek chciał się zapytać Marka, czy słyszał te hałasy w nocy, gdy jakiś gość krzyczał, żeby puścili go do żony i dlaczego Marek nie ma jednego buta przemilczeli to.
- Wiesz gdzie mamy iść? - zapytał Tomek.
- Chyba w tamtym kierunku - Marek wskazał palcem na wystający ponad drzewa czubek Varso Tower. - Tam przynajmniej będziemy wiedzieć gdzie jesteśmy.

Komentarze