top of page
tlo.png
  • Zdjęcie autora: Kamil Polka
    Kamil Polka
  • 30 lis 2025
  • 3 minut(y) czytania

Jestem jednym z nich — słyszał pod włosami, wewnątrz głowy.

Z jednej strony, czuł się fantastycznie, wręcz wybornie, zupełnie niczym superman. Z drugiej jednak bał się, nie wiedział, co zrobić, dokąd iść, co teraz będzie.


Szedł chodnikiem, ciało młodego chłopaka już dawno zniknęło za plecami, pewnie studenta, ale nie wiadomo. Zresztą, co to za różnica? Żadna. Nie miał żadnych, nawet odrobiny wyrzutów sumienia, a przecież zabił tego, jeszcze kilka minut temu śmiejącego się do rozpuku młodego dżentelmena, idącego pewnie na bzykanko, na seks. Idąc chodnikiem, pewnie jedynie to miał w głowie — wytarmosić jedną czy drugą, może obie.


No cóż, można powiedzieć, że swoje plany musi przełożyć na inny wieczór. Panie pierzchły w nieznanych mu kierunkach. W ogóle, w chwili, gdy wbił kły w szyję studencika, wszystko pierzchło, rozmazało się albo nawet przestało istnieć.

W życiu nie czuł takiej mocy jak teraz, jak przed chwilą, gdy spijał krew innego człowieka.


Wyrzuty sumienia. A co to takiego? Jestem głodny, jestem spragniony i jestem drapieżnikiem.

To wszystko uświadomił sobie, brnąc przed siebie nocą, pustą już. Jak gdyby krzyki tych dziewcząt kazały wszystkim schować się, uciekać. Dały sygnał ostrzegawczy.

Szedł w nieznanym mu kierunku, tak po prostu, a prowadziła go jakaś siła, niewidzialna dla oka, znana jedynie ciału. Nogi stawiały krok za krokiem, bez pośpiechu, powoli. Jak na wycieczce, jak w zoo.


Powoli odzyskiwał pamięć, albo raczej nabierała ona kształtów, wracała do wcześniejszej postaci bo wiedział już, gdzie jest i gdzie chce iść.


W oddali usłyszał na sygnale jadący radiowóz, pewnie wezwany przez którąś z tych kobiet. Może przyjechało dwóch takich jak on wcześniej — znudzonych, wyrwanych z nocnej w radiowozie drzemki.


— Stój! Stój, bo strzelam!


Odwracając się, śmiał się. Nie mógł się powstrzymać, nie potrafił, nawet gdyby chciał. Dwóch policjantów biegło pokracznie do niego z wyciągniętymi pistoletami, krzycząc, wrzeszcząc.


Zatrzymali się i stali teraz naprzeciwko, zaledwie kilka metrów dalej, prawie na wyciągnięcie ręki. Znowu czuł to, co stojąc w otwartym oknie pałacu, nad ogrodem. Ślina zaczęła zbierać się w ustach jak u głodnego psa.

I czuł coś jeszcze, coś, czego wcześniej nie było. Na początku nie do końca rozumiał, co to takiego, nawet się nie domyślał. Jednak było to tak silne, intensywne, że nie mógł myśleć o niczym innym.

Nie widział dwóch mundurowych z glockami w rękach. Nie słyszał, co mówią. Mógłby się domyślić; znał te regułki, uczono ich, zanim dano broń.

Był to szum buzującej w nich krwi, adrenalina działająca na ich niekorzyść.


Jeden z nich mógłby mieć z piętnaście lat, ledwo utrzymywał broń w dłoni, chyba się trząsł. Jest szansa, że jest to jego pierwsza służba, świeżak, taki z krwi i kości.

Drugi - starszy, z wąsem jak u mojego starego, pomyślał. Też się boi, krew w nim wrze nawet bardziej jak w młodym. Nie chce się zdradzić, musi pokazać swojemu młodszemu koledze, co i jak. Pewnie pierwszy raz w ciągu wieloletniej kariery policjanta do kogoś celuje.


Miał wrażenie, że wie o nich wszystko, a za chwilę i grupę krwi zgadnie.


W ogóle ich nie słuchał. Stał tam, patrząc w ich tętnice pulsujące na szyi. Zapomniał już o tamtym posiłku, tym chłopaczku.

Uśmiechnął się złowieszczo i dostrzegł ciarki pojawiające się na ich karkach, jak gdyby stado mrówek schodziło z kołnierza w kierunku twarzy. Miliony mrówek. Antmanów.


— Idź go skuj — powiedział stary do młodego.


Ten jednak stał, przerażony. Nie tak sobie wyobrażał swoją pierwszą służbę. Może myślał, że nocnych meneli jedynie będzie torturował pałą.


— Na co czekasz? Skuj go! — powiedział stary i obrócił głowę w jego stronę. Chciał pewnie sprawdzić, czy młody w ogóle jeszcze tam jest, czy nie zwiał jak Pies Chojrak.


Nie powie, że czekał na ten moment, że planował to od samego początku — nic z tych rzeczy. Zwierzęcy instynkt, instynkt drapieżnika, kazał mu skoczyć. Jak puma, niczym lew.


Młody nie miał siły, żeby pociągnąć za spust. Nie miał siły nawet, żeby ostrzec partnera, a po minucie od ataku w ogóle jej nie miał.


Krew zalała cały chodnik, a Marek pomyślał jedynie — co za marnotrawstwo. Nie zdążył się nasycić, krew z rozszarpanych tętnic tryskała jak woda z hydrantu, a w oddali dało się słyszeć kolejne już nadciągające radiowozy.


Nie czekając dłużej, przeskoczył przez płot, wysoki na trzy metry, i zniknął w parku.

Ruszył w kierunku apartamentu, do partnera, do domu.

Komentarze


Krew na zębach
bottom of page