- Kamil Polka
- 23 lis 2025
- 3 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 25 lis 2025
Wiedział, że nie leży w łóżku w swoim domu, w apartamencie. Wynajmowanym przez tajną organizację zajmującą się wampirami, grupę o której nic nie wie, mimo, że pracuje dla niej od kilku miesięcy.
Będąc policjantem wiedział przynajmniej z czym ma do czynienia, w sensie, że wiedział kim jest i kogo ma ścigać. Śpiących na ławce w parku meneli.
Teraz, nie wiedział nawet, co miałby wpisać w rubryce „wykonywany zawód” w jakimś urzędzie. Eksterminator nietoperzy? A może nocny łowca?
Dziwnie się czuł, tamten kac był nie do zniesienia, ten ostatni, doświadczony na izbie wytrzeźwień. Ten…był inny. Miał wrażenie raczej, że łapie go jakaś choroba. Może grypa, albo coś w tym stylu. Chyba bolały go mięśnie i chyba był zimny jak lód. Chyba?
- Albo cię boli, albo nie, albo ci zimno, albo nie - mówił do siebie.
Leżał dalej, spodziewał się usłyszeć swojego partnera, jakieś, łeb mi pęka, albo, zamknij się, łeb mi pęka.
Otworzył oczy, było ciemno, mrok jak w kopalni. Przypomniało mu się jak kiedyś zjechał, jeden dzień wytrzymał. Nawet nie poinformował, że to nie dla niego. Po prostu nie przyszedł. Już następnego dnia złożył papiery do policji.
Chyba był w jakiejś komnacie, w pałacu, coś zaczęło mu śmigać pod czaszką. Jednak miał wrażenie, że to było dawno temu. No dobra, przynajmniej kilka dni.
Przerażająca myśl wleciała mu do głowy. Przypomniały się drinki, te kolorowe, w wysokich szklankach, wyglądały jak z reklamy wakacji na Bora-Bora. A co jeżeli w jednym z nich ktoś umyślnie umieścił jakiś narkotyk, tabletkę gwałtu? Bał się sprawdzić. Lepiej nie wiedzieć!
Wstał. Zza okna nie dochodziły żadne dźwięki, zupełnie jak na jakimś odludziu. Niemożliwe, żebym ciągle był w Warszawie, pomyślał. Rozsunął wielką, długą niczym kurtyna zasłonę, czarną jak ta noc po jej drugiej stronie. Blask księżyca trochę go oślepił, zupełnie jak wtedy, gdy po tej jednej kopalnianej dniówce wyjechał na powierzchnię.
Otworzył okno, potężne, wyglądające na ciężkie niczym amerykański nastolatek. Zrobił to bez wysiłku, jak gdyby otwierał pudełeczko zapałek. Noc była nadzwyczaj piękna. Wcześniej jakoś tego nie dostrzegał, albo wcale takie nie były, nigdy. Bo czy noc widziana z radiowozu może mieć w sobie coś pięknego, wyjątkowego? Wyjątkowego owszem, może być wyjątkowo przygnębiająca, uzmysłowił sobie.
Nocne owady najwyraźniej oszalały, wydawane przez nie dźwięki były najpiękniejszym co w życiu słyszał. Zupełnie, jak gdyby odgrywały specjalnie dla niego jakiś muzyczny spektakl. Każda muzyka jaką słyszał do tej pory, wszystkie instrumenty jakich brzmienie znał, były tylko marnymi podróbkami.
Napawał się nocną orkiestrą, czuł zapach liści i kwiatów z ogrodu, jakby podsunięto mu je pod nos, a przecież były tam, w dole , kilkadziesiąt metrów od niego. Zapachy były wyraźne i mógł je rozróżnić, mimo, że nie znał ich wcale, mimo, że nigdy ich nie wąchał.
Po chwili, wszystkie zaczęły zanikać, jakby celowo go omijały. Jedynie jeden, najbardziej intensywny, coraz śmielej penetrował nos. Był nachalny jak świadek jehowy pod drzwiami, był intensywny jak świeżo zmielone ziarna kawy, włoskiej, mocnej. Był tak napastliwy, że chyba podrażniał ślinianki, bo usta wypełniły mu się płynem. Poczuł głód, chociaż w brzuchu, jak zwykle w takiej sytuacji, wcale mu nie burczało.
Głód się nasilał, usta pełne śliny były tak bardzo, że aby teraz komuś stojącemu przed nim odpowiedzieć na jakieś zadane pytanie, najpierw wulgarnie zmuszony byłby splunąć mu wprost pod nogi. Jak dawno temu jeden menel, wtedy, jak pamiętał, wypucowane wcześniej na glanc policyjne buty musiał myć pod gorąca wodą, odkazić.
W oddali, za kratą blokującą wjazd na teren posiadłości w której obecnie przebywa, dostrzegł ludzi, normalnych, imprezowiczów pewnie.
Następne co pamięta, to wrzaski tych ludzi, krew cieknącą mu po brodzie i ulgę jakiej nigdy w życiu nie zaznał.

Komentarze