- Kamil Polka
- 23 sie 2025
- 3 minut(y) czytania
Minęło zaledwie kilka tygodni od chwili, gdy zjawili się z Warszawie, a mogliby już powiedzieć, że nie pamiętają jak wyglądało ich życie, gdy mieszkali na Śląsku. Czas w tym miejscu leci zdecydowanie szybciej, życie w stolicy przypomina film podczas przewijania.
- Jak zbyt mocno przytrzymasz, rach ciach i koniec dnia - mawiał Marek, a Tomek kiwał głową, gdyż nie przychodziły mu żadne inne określenia do głowy.
Nawet w nocy czas nie zwalniał, a właśnie wtedy Marek z Tomkiem patrolowali ulice, zupełnie jak wcześniej w Bytomiu, gdy ściągali pijaczków z ławek i zawozili na izbę. Tutaj jednak nie to było ich zadaniem, byli policjantami od wampirów, których nie mogli jeszcze łapać, a jedynie obserwować miejsca w których najczęściej się spotykali. W ciągu kilku tygodni poznali mnóstwo takich miejsc, barów, dyskotek i pubów w których krwiopijcy bawią się, jak gdyby nigdy nic. Spotykali się też w parkach i lasach, jednak tam pod żadnym pozorem nie powinni wchodzić, jak mawiano im na odprawach poprzedzających każde rozpoczęcie służby.
Problem z wampirami był taki, że gdy nie zabijali, zamieniali ludzi w stworzenia takie jak oni sami, a to w świetle prawa nie jest przestępstwem. Nie jest nim bo nikt nie uwierzy w ich istnienie dopóki sam nie poczuje chłodu długich i ostrych zębów na swojej skórze, a wtedy jest już za późno.
Poza tym istota nie znika, i jeżeli ktoś zgłasza czyjeś zaginięcie; jakaś nadopiekuńcza mamusia męczy cały posterunek żądając natychmiastowego odnalezienia jej synka, dostaje w końcu informację, że jej urwis świetnie się bawi w nocnych warszawskich klubach.
Dlatego ofiarami wampirów nigdy nie padali nieletni, zawsze byli nimi młodzi dorośli, silni przystojni mężczyźni i atrakcyjne młode kobiety, wszyscy nałogowo spędzający czas po zmroku na tańcach, śpiewach i piciu.
Tej nocy nie stali przed żadnym lokalem z którego dochodziła dudniąca muzyka, siedząc w zaparkowanym służbowym BMW ukrytym w mroku, wpatrywali się w wielką jak wrota do piekieł bramę, zupełnie nie zachęcającą do wejścia na teren mrocznego o tej porze Parku Ujazdowskiego.
O tej godzinie, gdy kluby zostaną za chwilę zamknięte i tłumy młodych ludzi chwiejąc się na nogach będą wracać do swoich wynajmowanych kawalerek, zacznie się pora karmienia. Młode wampirzyce w towarzystwie swoich młodych wybranków będą wchodzić do parku na posiłek. Młodzi wampirzy amanci, prowadząc po dżentelmeńsku swoje poznane tej nocy panny wejdą przez bramę obiecując im chwile rozkoszy.
Nad parkiem zerwał się silny wiatr, liście zaszeleściły tak mocno, że musieli je usłyszeć śpiący w swoich wygodnych łóżkach najbliżsi mieszkańcy, ptaki wyrwane ze snu gwałtownie niczym fajerwerki zerwały się w mroczne niebo zakrywając na ułamek sekundy świecący jasno księżyc.
Obaj, mimo że siedzieli w ciepłym samochodzie poczuli zimny dreszcz, znajomy dreszcz. Dopiero teraz doszło do nich, że jest pusto jak nigdy o tej porze, nie widać żadnego idącego w stronę parku człowieka, a od parku w stronę ulicy powoli niczym chmury na niebie nadciąga gęsta mgła.
Nagle z bramy powolnym krokiem, lekko, jakby całe życie tańczył w moskiewskim balecie, wyszedł wysoki na dwa metry zakapturzony znajomy im wampir. Spod czarnego kaptura dostrzegli błyszczące oczy, krew spływającą z kącików ust i coś jakby uśmiech, który na pomarszczonej i starej twarzy wyglądał jak wycięty tępym nożem otwór.
- To on, to ten sam! - powiedział Marek trzymając mocno dłonie na kierownicy.
Tomek chciał coś powiedzieć, jednak został jedynie z otwartymi ustami, po tym jak Aleksander trzymając na rękach ciało młodej kobiety przeskoczył nad nimi i zniknął w mroku.

Komentarze