- Kamil Polka
- 18 kwi 2025
- 3 minut(y) czytania
W całym zamku, niczym osy w ulu, rozeszła się informacja o ucieczce Bogny do stolicy. Wampiry nie różnią się niczym od podstarzałych pań na zebraniu kółka różańcowego; plotkują i szepczą o wszystkim i wszystkich; kto z kim sypia, kto z kim sypiał, albo kto z kim będzie sypiać.
Władimir nie był zaskoczony, tak jak i jego doradcy; nie uważali Bogny za idiotkę chcącą we troje walczyć z ich bandą. Co prawda, nawrzeszczał na swego posłańca, gdy ten, stając przed nim i jąkając się jak Jurek Owsiak, przez pięć minut wypluwał jedno zdanie..Uuu…cieeee…kli do…do..do.. War…war…war… stolicy.
Ivan, Ivo, Klemens i Juri stali przed swym panem czekając na rozkazy, spodziewając się większego wybuchu złości. Ten zaskoczył ich swoim spokojnym podejściem do powstałego problemu; niczym stoicki mistrz pomyślał Ivo.
- Wojna w zapomnianym Bytomiu to jedno, natomiast rozlew krwi w Warszawie to już zupełnie co innego. Narazilibyśmy się innym klanom. Zwrócilibyśmy na siebie uwagę, zbytnią uwagę oczywiście. Poza tym w Warszawie panuje klan Emila.
- Tego Emila? - zapytał Juri zaskoczony.
- Tego Emila. Co to znaczy?
- Musieli mieć ich zgodę, żeby się tam osiedlić. - odpowiedział opierając się o filar z dłońmi splecionymi między udami Ivo.
- Więc też musimy poprosić o zgodę. - odparł Klemens.
Władimir przez chwilę zastanawiał się, czy przypadkiem nie jest to oznaką słabości i czy jego tu obecni doradcy nie postrzegają go teraz jako słabego władcę. Jego czujne, koloru dojrzałej czereśni oczy, prześwietlały ich teraz niczym rentgen. Nie, powiedział w myślach. Oni wiedzą, rozumieją.
- Panie, umówić spotkanie? Na neutralnym terenie?
Władimir zastanawiał się przez chwilę.
- Może w Sosnowcu. - odparł Juri lekko unosząc kąciki ust.
Wysoko nad ich głowami w berka grały dwie muchy, ganiając się między zwisającymi lampami niczym piloci w wojnie o Anglię na początku XX w.
W pajęczynie rozwiniętej między sufitem, a łańcuchem podtrzymującym jedną z lamp, wielki czarny pająk zawijał jedną z ze swych ofiar w sieć. Upiorna cisza w jednej chwili została przerwana przez bandę groźnych krwiopijców nie mogących dłużej walczyć z tłumioną w nich potrzebą.
Cała piątka wybuchnęła śmiechem, jakby byli na występie stand-upowym. Nie mogąc zapanować nad sobą Władimir zorientował się, że nigdy, przenigdy nie śmiał się tak jak wspólnie ze swoimi doradcami w tym momencie; przez cały okres swego panowania.
- Przyjedziemy do Warszawy. Niech wiedzą, że nie mamy złych zamiarów. Poproś o spotkanie z Bogną w towarzystwie Emila. Spotkamy się wszyscy niczym wielka rodzina. Juri ty zostaniesz tutaj.
- Wiadomo Panie.- odpowiedział Juri odsłaniając przy tym długie błyszczące niczym sople lodu kły. - Aaa, co z buntem? Dalej myślisz, że to nic groźnego? Moglibyśmy nasz wyjazd wykorzystać do stłamszenia go. - kontynuował Juri, którego fascynacja sztuką wojenną nie dawała o sobie zapomnieć.
Władimir zastanawiał się zaledwie kilka sekund, by zorientować się o co swojemu wojownikowi chodzi.
- Mistyfikacja? - odparł wreszcie.
Zdumiony Juri przenikliwością swojego Pana spojrzał na swoich kolegów z uśmiechem i podziwem, co Władimir dostrzegł jeszcze szybciej jak pomysł o zniszczeniu buntu od środka, niczym koń trojański.
- Oj nie dziw się przyjacielu, mamy podobny sposób myślenia, jeżeli chodzi o wojnę, wiele dni spędziliśmy na wspólnej rozmowie o niej. Wiem co ty byś zrobił, tak samo jak ty wiesz, co zrobiłbym ja.
Miłość, jaka w tej chwili rozpłynęła się w ciele Jurija względem swego pana, równa się wybuchowi bomby atomowej w Hiroszimie. Niczym pokaz slajdów z tysięcy zdjęć na których razem rozprawiają na tematy sztuki wojennej w szerokim ujęciu, rozgrywając przy tym partię szachów, w jego głowie w błyskawicznym tempie zmieniały się wspomnienia-obrazy.
- Dziękuję za zaufanie jakim mnie darzysz Panie. - odpowiedział.
- Oj wszyskich was darzę takim samym, to prawda, jeżeli jutro przyjdzie mi umrzeć, cieszę się, że wśród was, wśród przyjaciół. - przez chwilę zastygł z miną nieobecną, jak lunatyk, albo człowiek który przed śmiercią mówi, że widzi światło. - Idźcie już zanim pomyślicie, że zmiękłem; wiecie co macie robić. Teraz muszę odpocząć.
Ukłonili się, obrócili nierówno jak dzieci podczas tańca w trakcie przerwy w meczu NBA i ruszyli dumni w kierunku wyjścia z komnaty. Klamka była już prawie na wyciągnięcie ręki, gdy usłyszeli jeszcze głos Władimira stojącego przed krzesłem na podwyższeniu.
- Wraz z nadejściem zmroku, ruszymy dziś wspólnie na łowy. - i odszedł nie mówiąc nic więcej.

Komentarze