- Kamil Polka
- 13 wrz 2025
- 3 minut(y) czytania
Jedynie oni wydawali się przejęci. Chociaż nie! To byłoby okropne uproszczenie. Marek i Tomek srali w gacie. Jaki normalny człowiek dowiadując się, że zgraja wampirów postanowiła zapanować nad światem byłby do cholery normalny? - zastanawiał się Tomek.
Co to znaczy, że mają zamiar podporządkować sobie ludzi? - głowił się Marek.
- Co dwa tygodnie będziemy chodzić oddawać im własną krew jak do centrum krwiodawstwa? - zapytał podczas zebrania jeden z nich.
Nikt nic nie wiedział. Nikt nic nie mówił. Po jakiego wała powiedzieli nam to wszystko? Lepiej byłoby nic nie wiedzieć! Wszyscy spokojnie, nieświadomie wykonywaliby swoje codzienne obowiązki i tyle. A teraz co? I bez tego nie potrafię spać!
Panika udzieliła się i Tomkowi i Markowi i oboje, jednogłośnie stwierdzili, że najlepszym sposobem na poradzenie sobie w obecnej sytuacji będzie najzwyczajniej w świecie, tak po ludzku, jak przystało na faceta przygniecionego troskami życia codziennego, najebać się póki jasno.
Dopiero teraz poczuli się jak panowie świata. Pierwszy raz mieli okazję z pieniędzmi powpychanymi w portfele wejść do klubu, albo trzech i zabawić się na całego. Od chwili przybycia do stolicy, jakoś nie mogli się na to zdecydować. Całą noc oglądali małolatów wychodzących jako ludzie z klubów, całą noc widzieli ich wchodzących do parków w towarzystwie podejrzanie wyglądających osobników. Czasami wychodzili jako ludzie, a w parku jedynie wciągali koks w ciemnościach, albo zabawiali się ze sobą, albo robili brudne interesy. Ale czasami też nie wychodzili wcale. A tego wcale było coraz więcej. Więcej tego, znaczy więcej nowych krwiopijców.
Nie zachęcało to do pójścia w tango. Woleli ewentualnie napić się piwa w swoim wspólnym apartamencie. Tak było bezpieczniej i wygodniej.
Teraz jednak nie miało to większego znaczenia, skoro i tak w każdej chwili może wejść ci do domu wampir. Może pojawić się niczym kurier w drzwiach i nic nie zrobisz. Może dostarczyć pizzę, a poźniej wbić ostre jak katana zęby w szyję, podziękować i życzyć miłego dnia i też nic nie zrobisz.
Więc poszli w balety jak osiemnastolatkowie po zdaniu matury. Od klubu do baru, od baru do klubu. Na początku rozumieli jeszcze, że o godzinie czternastej w klubie nie będzie tłumów, a jedynie otwarty bar i możliwość zagrania w bilarda. Jednak o szesnastej jak gdyby o tym zapomnieli i ni cholera nie docierało do nich, że jest środa, jeszcze jasno i imprezowy szał dopiero zacznie się za kilka godzin.
- Dlaczego nikt się nie bawi? - zagadywał Marek pryszczatego pracownika jednego z klubów, który zmęczony po wczorajszej imprezie obsługiwał dwóch facetów w pustym lokalu.
- Nikogo nie ma - odpowiedział obojętnie synek, jak gdyby nie zaskakiwały go takie pytania o tej porze dnia.
Marek wzruszył jedynie ramionami, siedzący obok niego Tomek niecierpliwie czekał, aż ten skończy swoje piwo. Od chwili, gdy przekroczyli granicę promila alkoholu we krwi, w każdym lokalu do którego wchodzili, uparcie musiał w coś zagrać. To w bilard, to w kręgle, następnie w lotki. W bile nie trafiali, kula do kręgli zawsze wlatywała do rynny, a lotki nie dolatywały do tarczy.
- Wiesz synek, że jesteśmy wampirzymi agentami? - pytał pryszczatego Marek.
- No pewnie, pokazywałeś mi odznakę jak byliście tu wcześniej - odpowiedział młody.
- Co ty pieprzysz, jesteśmy tu pierwszy raz! - krzyczał, na teraz już lekko wystraszonego małolata. - Pokaż mu Tomuś! - objął kompana ramieniem prawie zwalając go z wysokiego stołka barowego.
Tomek wyciągnął legitymację wyglądająca serio bardzo prawdziwie, co mimo wszystko nie zdziwiło młodego. Nie takie podrabiane dowody osobiste widział w swoim krótkim życiu. Każdego wieczora jakaś piętnastoletnia ślicznotka próbowała puszczając do niego oczko kupić alkohol na podrobiony dokument. Więc sprzedawał, tak jak szef kazał. Gdyby coś się stało, niech psiarnia się martwi fałszerzami, tłumaczył kierownik.
Przez następne pół godziny Tomek i Marek to spadając to siadając z powrotem na swoich miejscach, wciskali barmanowi historię o nadciągającej wampirzej inwazji. Młody miał plan, którego nie dało się spieprzyć, a nawet lepiej, czym bardziej te dwa błazny go spieprzą tym lepiej dla niego. Już widział te lajki na swoim koncie po wrzuceniu tego video. To będzie hit nad hity, czuł to, jednak czegoś brakowało, jakiegoś finału. A gdy pomysł ten wleciał mu do czaszki niczym rakieta, pewien był, że sam Spielberg nie wykombinowałby tego lepiej.

Komentarze